Złoty chłopak, szmaragdowa dziewczyna

Pierwsze zdanie: „Mam czterdzieści jeden lat i żyję samotnie w jednopokojowej klitce, w której zawsze mieszkałam, w podupadłym domu na przedmieściach Pekinu, zagrożonym rozbiórką przez firmę budowlaną z poparciem rządowym.”

Dlaczego?
Bo była taka potrzeba*

Bo jest druga w nocy. Bo zaczynam Żuńkiem, bo to średnio ważne, że zostało mi raptem sześćdziesiąt stron w samotności na tysiąc sposobów. Dam sobie loki obciąć, że autorka właśnie tak roboczo nazwała swoją książkę. Jest w psychologi takie coś i nazywa się efektem pierwszeństwa. Ponieważ pierwsze opowiadanie było o samotności (było jak diabli), to w pozostałych również jej szukałam. I znajdowałam szybciej niż bym chciała, wyobraź sobie. I dotkliwiej też, ale tego sobie nie wyobrażaj. Ponieważ zastanawiam się po co czytać książki o czymś, co nie ubarwia niczego i co przeżywa się praktycznie całe dwudziestoośmioletnie życie (musiałam szybko policzyć!**). Ponieważ po co sobie dokładać, prawda?  Po co mi cudze, skoro mam swoje.

Piszę o tym, bo to bardzo drażniąca powiekę książka. Niekoniecznie chciało mi się przy niej płakać, ale były momenty, żeby jednak im trochę pomóc, tym bohaterom. Strasznie jestem naiwna i wierzę w światy obok i że ponieważ w nie wierzę, to wierzę, że mogłabym, gdybym tylko mocno się skupiła, wsadzić rękę do książki, i poprzestawiać rzeczywistość w co gorszych życiorysach. Podobne przygnębienia miałam czytając Inszallah, ale za mało się skupiłam i wszyscy umarli. I przejęłam się tak, jakby umarli naprawdę.

Czytam te opowiadania i mam wrażenie, że Li nie zrobiła dla samotności żadnego zastępstwa. Jest tam o potrzebie bliskości, posiadania, pomagania i bycia potrzebnym, o biedzie i dziwnym kraju daleko stąd, ale to wszystko było bardzo na pół. To nie wada, absolutnie nie. Rada jestem, że całe skupienie tych tekstów koncentruje się na samotności i że reszta jest tylko pasujący sosem do dania głównego. Jeszcze bardziej imponująca jest rola każdej postaci. Nie ma się wrażenia, że ktoś jest poboczny i że jedyne co musi, to wypełnić lukę w historii. To prawdopodobnie najlepsza układana postaci jaką spotkałam w literaturze. Być może to kwestia formatu – opowiadania wymagają gimnastyki i zaprzęgania do historii każdej postaci jaką sobie autor wymyśli. Li jednak tak układa odważniki, że szala jest zawsze wyrównana. To trochę szok i niedowierzanie, że natykam się na książkę, w której z pozoru najbardziej poboczna postać ma sens i ma samotność – to najważniejsze, co przesłoniło mi czas na te trochę ponad 240 stron.
Czuję tam trochę żalu, ale chyba bardziej brania tego, co daje los. To też jest imponujące, bo przecież ileż można i jak długo i jak to możliwe, że tak wszystkie postacie na raz?  To strasznie smutny naród musi być, skoro w książce panuje takie poddaństwo wobec losu. No, ale to tylko babuleńka literatura. Całe szczęście to tylko ona.

 

* „Świat według Żunia” Iga Zakrzewska-Morawek, str. nie pamiętam
**żartowałam. Ja nie umiem liczyć ani szybko, ani wcale.

 

Advertisements

Autor

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s